Moi Drodzy,

wiem, nie było mnie tu całe wieki :)
Powracam zapewne niespodziewanie, nie tylko z uwagi na długą przerwę, ale też ze względu na produkt, o którym chciałabym nieco napisać.

Z marką Dr Irena Eris współpracuję od dawna, w zasadzie niewiele było produktów, które skradły moje serce (może poza podkładem Lirene No Mask, który jest moim absolutnym hitem!). Jakiś czas temu skontaktowała się ze mną Pani Magda z zapytaniem, czy chciałabym przetestować nowe kosmetyki apteczne z serii Clinic Way. W testach mogły wziąć udział osoby, które mają co najmniej 27 lat. Ja jestem w wieku chrystusowym, więc pasowałam jak ulał :)

Do wypróbowania wybrałam dwa produkty:

1. DERMOKAPSUŁKI REWITALIZUJĄCE


2. INTENSYWNA DERMOKURACJA PRZECIWZMARSZCZKOWA Z KWASAMI


Z uwagi na fakt, że jeszcze krótko stosuję powyższe kosmetyki, podzielę się tylko pierwszymi spostrzeżeniami.



Na początek może o kapsułkach. Przyznam, że na stronie nie znalazłam całego składu produktu, stąd moje duże nadzieje związane z tym kosmetykiem.

A skład prezentuje się następująco:


Zatem: dimetikon na pierwszym miejscu w składzie, co w przypadku mojej cery, całkowicie skreśliło kosmetyk :( Silikony sprawiają, że moja skóra dosłownie kipi od różnych syfków, zaskórników itp. Tak też stało się w przypadku kapsułek. Następnego dnia po ich zastosowaniu na twarzy wykwitły piękne, czerwone, bolesne gule. 



Druga sprawa, po prostu nie lubię baz silikonowych :( A powyższe kapsułki, to nic innego, jak właśnie taka baza. Przetłuszcza mi się po niej skóra, świeci się niemiłosiernie. Za efektem też nie przepadam, jakbym miała na twarzy folię... I na koniec zapach - mi kojarzy się z benzyną. No... nie jest to po prostu produkt dla mnie.

Oddałam kapsułki mamie i nie wrócę do ich stosowania.

Drugim produktem jest dermokuracja przeciwzmarszczkowa z kwasami:


I to, Kochani, jest mój ABSOLUTNY hit! Stosuję od kilku dni, codziennie i - słowo honoru - moja skóra jest gładka, jak pupcia niemowlaka. Ba, popadłam w jakiś dziwny samozachwyt i proszę koleżanki z pracy, przyjaciółki, synka... żeby gładzili mnie po twarzy :D Taka jest miękka i gładka :)

Skład kuracji prezentuje się następująco:


Słowo daję, będzie to mój must have, jak tylko wykończę buteleczkę, kupuję następną. Ten produkt, to prawdziwy kosmetyczny czarodziej! Zakochałam się :)

Znacie te produkty, jakie macie z nimi doświadczenia?
Od dłuższego czasu miałam ogromną ochotę wypróbować kosmetyki Le Maadr, ale jakoś wciąż było mi nie po drodze. Gdy odezwała się do mnie pani Joanna z propozycją przetestowania kosmetyku tej firmy, niewiele się zastanawiałam. Wybrałam płyn micelarny z komórkami macierzystymi, nowość w porfolio marki.

Dotychczas stosowałam wodę micelarną z Tołpy, byłam z niej bardzo zadowolona i nie sądziłam, że coś będzie w stanie strącić ją z piedestału...


Dlaczego wybrałam akurat wodę micelarną? Według producenta dzięki zawartości Citrustemu pozyskiwanego z komórek macierzystych pomarańczy, zwiększa ekspresję genów odpowiedzialnych za poprawę struktury matrycy pozakomórkowej czyli reorganizuje i przywraca gęstość strukturze skóry właściwej zwiększając syntezę składników tworzących matrycę pozakomórkową. Poprawia się ogólna kondycja skóry, wzmacnia struktura jej poszczególnych elementów. Poprawia kondycję naczyń krwionośnych, uszczelnia je i zwężą dzięki zawartości ekstraktów z liści miłorzębu japońskiego (Gingko biloba) oraz kasztanowca zwyczajnego (Aesculus hippocastanum).

Zrozumiałyście coś? :) W dużym skrócie - woda przeznaczona jest do pielęgnacji cery naczynkowej. Czyli takiej, jak moja.

Z pękającymi naczynkami borykam się odkąd po świecie chodziły Sauropodomorpha. Długo ;) Wszystkie kosmetyki, które stosuję dają chwilowy efekt. Naczynka przez chwilę są mniej widoczne, po czym - powiedzmy, po tygodniu - mój nos wygląda, jakbym przez ten ostatni tydzień wlewała w siebie wódkę z czerwoną kartką. W ilościach zatrważających, podkreślę.


Muszę się też do czegoś przyznać - moje problemy prawdopodobnie wynikają... z braku konsekwencji. Używam jakiegoś kremu przez miesiąc, nawet jeśli pomaga, i tak kupuję inny. Mam obsesję na punkcie wypróbowywania nowych rzeczy, nie lubię "powrotów", nawet, jeśli coś okazuje się odkryciem na miarę - powrócę do tematyki prehistorycznej - kości diplodoka w jakiejś polskiej wsi. I tu pojawia się produkt, bez którego obejść się nie mogę - kosmetyk oczyszczający.

Nie jestem, po prostu nie jestem w stanie położyć się spać, bez oczyszczenia twarzy. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek mi się to zdarzyło. Nawet, gdy (baaaardzo rzadko) coś świętuję i ledwo stoję na nogach ;) Oczyszczenie musi być i już!

Woda micelarna Le Maadr okazała się strzałem w dziesiątkę!

Skład kosmetyku jest krótki i bardzo przystępny:


W butelce znajduje się 500 ml płynu, bardzo dużo. Stosuję ją regularnie od miesiąca, a została jeszcze połowa! Dla zapachowych wrażliwców - dobra wiadomość: kosmetyk pachnie bardzo delikatnie, nieinwazyjnie. 

A teraz o działaniu - woda doskonale nawilża. Wystarczy jedno przeciągnięcie wacikiem, a skóra jest odświeżona. Właściwości oczyszczające są wręcz nadzwyczajne! Nie stosuję może wysublimowanego, mocnego makijażu, jednak czasem nawet z tym kosmetyki oczyszczające sobie nie radzą. Powiadam Wam, z Le Maadr wystarczą 2 (słownie: dwa) waciki, do demakijażu całej twarzy. Nie ma efektu pandy, nie ma pozostałości podkładu, nie ma nic. Jest tylko cudowne nawilżenie...


I na koniec: działanie na naczynka. Zdecydowanie zauważalne. Regularne stosowanie, codziennie, dwa razy dziennie, dało bardzo dobre efekty. Naczynka na nosie są widocznie zmniejszone. Dodatkowo - mam wrażenie - rozjaśnieniu uległy niektóre przebarwienia, a cera odzyskała blask.

Reasumując: chyba w tym szczególnym przypadku zmienię swoje przyzwyczajenia i po wykończeniu butelki, skuszę się na kolejną. Cena sugerowana za 500 ml to PLN 89,00. Wydaje mi się, że całkiem rozsądnie, biorąc pod uwagę kompleksowe działanie i ogromną wydajność.


Odkąd zaczęłam kręcić własne kosmetyki, marzyłam o tym, by przekuć to w biznes. Chciałam dzielić się z Wami pasją i produktami, w które wkładam całe serce. Niestety, praca, obowiązki domowe, dziecko, na chwilę odsunęły plany w (jak mniemam, daleką) przyszłość, tym bardziej chcę zapoznać Was z kosmetykami matki BeLoved Skin, których twórczynią jest właśnie pasjonatka samorobionych mazideł, która - dzięki determinacji i doskonałym pomysłom - z powodzeniem realizuje się jako businesswoman od zadań specjalnych.


Kingę znam wirtualnie od jakiegoś czasu, okazało się też, że jest czytelniczką mojego bloga, co mi schlebia, acz to ona jest dla mnie inspiracją i wzorem godnym naśladowania. 

Dziś chciałabym podzielić się z Wami opinią na temat serum o wdzięcznej nazwie Vitamin Pump, które Kinga wysłała mi do wypróbowania. 


Skład kosmetyku jest obłędny, już na drugim miejscu znajduje się kwas hialuronowy, zaraz po hydrolacie różanym (który nadaje kosmetykowi przepiękny, odprężający aromat). Zresztą, zobaczcie same:

Rosa Damascena Flower Water, Sodium Hyaluronate, Aqua, Hamamelis virginiana (Witch Hazel) Leaf Water, Vegetable Glycerin, Hydrolyzed Caesalpinia Spinosa (Tara Tree) Gum, Caesalpinia Spinosa (Tara Tree), Ginkgo Biloba Leaf Extract, Lacobacillus / Acerola Cherry Ferment, Panthenol (Vitamin D), Soluble Collagen, Hydrolyzed Elastin, Hydrolyzed Wheat Protein, Benzyl Alcohol & Salicylic Acid & Glycerin & Sorbic Acid (ECO-certified preservatives), Sodium Ascorbyl Phosphate (Vitamin C), Phenoxyethanol, Potassium Sorbate, Litsea Cubeba (May Chang) Essential Oil

I jak? Robi wrażenie, prawda?

Zanim przejdę do działania, chciałabym jeszcze wspomnieć o warstwie wizualnej. W BeLoved zadbano o wszystko, począwszy od najważniejszego - składu, kończąc na opakowaniu. Widać, że jest przemyślane, z pomysłem, nie uderzające po oczach krzykliwymi grafikami czy kolorystyką - zgrabnie łączy się z filozofią marki i... pięknie prezentuje się na półce :) Żałuję, że nie zrobiłam zdjęć przesyłki - na to też warto zwrócić uwagę. Buteleczka z serum była pięknie zapakowana w ekologiczny kartonik wypełniony rafią. Urocze i wprost idealne na prezent (a przypominam, że zbliża się Dzień Matki).


Na koniec zostawiam oczywiście działanie. Wspominałam już, że zapach odpręża, wycisza, ale to nie jest w tym wszystkim najważniejsze. Kosmetyk jest faktycznie "witaminową pompą", moja skóra, już po pierwszym użyciu, wręcz krzyczała z rozkoszy. Serum jest raczej rzadkie, co jednak nie przeszkadza w jego aplikacji. Doskonale się rozprowadza, niewielka ilość starcza na posmarowanie całej twarzy i dekoltu. Skóra jest gładka i bardzo miękka. Nawilżenie jest nie-sa-mo-wi-te! Nie sądziłam, że zwykłe (choć w tym przypadku raczej niezwykłe) serum, może działać takie cuda! Stosowałam produkt około 3 tygodni, zauważyłam nie tylko znaczną poprawę nawilżenia, ale i samej cery - skóra bardzo się wygładziła, pory nie są już tak widoczne, przebarwienia jakby uległy rozjaśnieniu. 


Reasumując: Vitamin Pump to prawdziwe cudo, gdy dodać do tego okoliczności powstania i samą twórczynię, mamy mieszankę - cóż - wybuchową. Koniecznie wypróbujcie tego i innych kosmetyków BeLoved Skin, zapewniam, nie zawiedziecie się!


W ostatnią sobotę miałam przyjemność uczestniczyć w kolejnym, piątym już, spotkaniu blogerskim o nazwie Secrets of beauty. Organizatorem całego zamieszania jest Michał z bloga Twoje źródło urody. I powiem Wam - osoby z taką pasją, zaangażowaniem, pomysłem na siebie, próżno szukać w naszej blogosferze. Zresztą, Michał, jako rodzynek, i tak wyróżnia się wśród zdominowanych przez kobiety urodowych social media.

Ale do rzeczy.

Na spotkanie niestety się spóźniłam. Zawoziłam Tyma do rodziców, 30 km pod Warszawę. Niedziela była dniem wolnym od pracy, nawet dla biednych pracowników centrów handlowych (alleluja!), czego następstwem były wycieczki rodzinne do M1 i Carrefoura właśnie w sobotę. Cóż, zakupy stałym punktem weekendu, a skoro niedziela tychże nie umożliwi, trzeba grupowo wybrać się w dzień wcześniej. Tym oto sposobem utknęłam w korkach na - plus minus - 1,5 h i i z 30 minutowym opóźnieniem pojawiłam się na SOB.

Pierwszym prelegentem, przedstawicielem i właścicielem marki Polskie Świece, był Jacek Krzanowski. Człowiek pełen pasji i pozytywnej energii. Charyzmatyczny i niezwykle sympatyczny, opowiadał o swojej działalności z wielkim zapałem. W prezencie otrzymałyśmy od Jacka zestaw produktów z asortymentu jego sklepu, ja jestem absolutnie zakochana w świecy o zapachu Lemon Cake - już poczyniam kolejne zakupy, szczególnie, że do końca lipca 2017 na hasło SOB2016 mamy 10% zniżkę na świece ze sklepu www.hurtowniaswiec.pl


Następni w kolejce byli twórcy marki Nasine - kosmetyków skierowanych do mężczyzn. Panowie opowiadali o kremie, pierwszym produkcie brandu, o genezie jego powstania, o składnikach (choć nie zawsze w zgodzie z prawdą - Panowie, krem jest konserwowany, wbrew temu, co mówiliście :) ). Z chęcią nabędę ten produkt dla mojego Adama, skład jest przyjemny... no i ten zapach <3

Po Nasine przyszła pora na prelekcję o strukturach lamelarnych w kosmetyce. Powiem Wam tylko tyle - MISTRZ! Chłonęłam wiedzę jak gąbka, prelegentka (przepraszam, nie pamiętam nazwiska :( ) marki Norel opowiadała nam o emulgatorach ciekłokrystalicznych, a ja dowiedziałam się dzięki temu, że mój ukochany Olivem właśnie do tej grupy należy. Słuchałam jak zaczarowana, to zdecydowanie najbardziej merytoryczny, pełen pasji wykład, w jakim miałam okazję uczestniczyć podczas jakiegokolwiek spotkania blogerów. Niezwykłe, przepełnione wiedzą doświadczenie! Mam nadzieję, że Norel zorganizuje kiedyś więcej takich wykładów dla laików - będę pierwszą, która się na to zapisze :) 

Kolejną firmą (choć to chyba za mało powiedziane - dowiecie się za chwilę czemu), było Podopharm. Jest to polska marka, której matką (inaczej nie da się tego określić) jest pani Aneta Oleszek - człowiek orkiestra, wulkan energii, niezwykle kreatywna kobieta z misją :) Podopharm to novum na polskim rynku - produkty skierowane do pielęgnacji stóp, produkty lecznicze o szerokim spektrum działania. Pani Aneta jest laureatką wielu konkursów w Polsce i o zasięgu miedzynarodowym, opatentowała innowacyjny implant przeciw wrastaniu paznokci, jest uczestniczką i prelegentką wielu sympozjów. Zresztą, poczytajcie TU - nic dodać, nic ująć. Dlatego, jeśli macie do wyboru zakup kosmetyku do stóp zagranicznej marki i marki Podopharm - wybierzcie to drugie. Składy są obłędne, działanie (już sprawdzone!) jeszcze lepsze, a ceny bardzo przystępne. Promujmy polskie kosmetyki, w niczym nie ustępują tym zagramanicznym! :) 


Po Podopharm przyszła kolej na markę Dermofuture - niestety z przyczyn niezależnych przedstawiciele firmy nie dojechali na spotkanie, wobec czego rolę prelegenta przejął Michał. Podczas swojego wystąpienia opowiadał o nowych produktach przyspieszających porost włosów - DF5 Woman. Kosmetyki zawierają kompleks rapidity NEW-5His, który zwiększa przenikanie substancji aktywnych do mieszka włosowego, co stymuluje szybszy wzrost włosa.  Pobudza to włosy do wzrostu i dotlenia skórę głowy. Cebulka włosowa i zakotwiczenie są znacznie wzmocnione.

Na koniec, o kosmetykach do rąk i stóp Melli Care opowiadała nam pani Beata z Beauty Management, osoba niezwykle ciepła, zawsze uśmiechnięta. Kosmetyki Melli Care skierowane są do chorych na cukrzycę, borykających się z hashimoto, niedoczynnością tarczycy, atopikom, łuszczykom,  kobiet ciężarnych i wszystkich pozostałych, których skóra reaguje nadmiernie na czynniki atmosferyczne typu: wiatr, mróz, słońce, czy ulega podrażnieniom podczas pracy zawodowej i użycia rękawiczek, detergentów. Do wszystkich tych, dla których zdrowie i komfort ich skóry są istotne, którzy dbają również o zmysły i preferują kosmetyki pięknie pachnące, bezpieczne da skóry, wydajne, efektownie i zarazem wygodnie opakowane, których użycie to wielka przyjemność. 



V Secrets of beauty było również okazją do wręczenia, po raz pierwszy, Złotych Jabłek, czyli nagród, które... wręczają czytelnicy blogów :) Poniżej lista laureatów:

Blog prowadzony merytorycznie: Arsenic.pl
Blog pisany lekkim piórem: Lifeincolour.pl
Blog zilustrowany bajecznymi zdjęciami: Angel / Kosmetyki bez tajemnic
Blogowy odkrywca: mistrz ceremonii, Michał / Twoje Źródło Urody
Ulubione miejsce w sieci: Gosia / Esy, floresy, fantasmagorie
Najlepszy vloger urodowy: Red Lipstick Monster

Serdecznie gratuluję!

Na koniec chcę jeszcze wspomnieć o miejscu, w którym SOB się odbywało - to niewielka, kameralna kawiarnia NANA Cafe na warszawskiej Saskiej Kępie. Miejsce niezwykłe, pełne rodzinnego ciepła, miejsce z duszą. Na pewno tam wrócę.

Podsumowując, V Secrets of beauty było profesjonalnie zorganizowanym wydarzeniem, okazją do nauki, poznania nowych osób i spotkania się ze starymi znajomymi. Mam nadzieję, że uda mi się wziąć udział w kolejnym spotkaniu, jesiennym, które - jak głosi legenda - ma odbyć się w uroczym pensjonacie na mazurach. Już nie mogę się doczekać!

A Ty Michał - rób dalej to co robisz. Robisz to najlepiej na świecie!

(zdjęcie podkradzione od Michała ;) )

P.S. Przepraszam za jakość zdjęć, robiłam je lodówką :/

P.S.2 I moje ulubione zdjęcie z V SOB - mam nadzieję, że Sylwia wybaczy mi wykorzystanie wizerunku ;)


Kochani!

Wiem, wiem, nie było mnie (znów) całe wieki. Do napisania posta zmusiła mnie współpraca i... inspiracja :)